Opowieści ze szpitala psychiatrycznego

Pogubili mi się gdzieś pacjenci. Na wizytę przyszło sześć osób, z całą pewnością mam ich więcej. Szukam po salach – nie ma. Z wyjątkiem okruszyny z życia – Pani Ani, która jest związana w pasy bezpieczeństwa. – Pani Ania w końcu umrze nam, nie chce jeść, wraca do szpitala po ostatecznej metodzie leczenia, po kilku tygodniach. Ostateczna metoda to elektrowstrząsy.
Pani Ania tylko na tę metodę reaguje, choć poprawy są bardzo krótkie. – Znów trzeba jej było założyć sondę do żołądka, nie chciała jeść ani pić, ani zażywać leków. Teraz musi leżeć w pasach, żeby nie wyrwała sobie tej sondy, jest kilka razy dziennie wyprowadzana w towarzystwie dwóch silnych panów. Leżąc tak łatwo o odleżynę, o zapomnienie, jak się chodzi…
Czuję się jak Charon, który przeprawia ludzi na drugi brzeg Styksu, Pani Ania czeka, nie ma pod językiem obola, właściwie nie powinna mnie interesować.
Wysycha w ustach. Popijam wodę z kranu, aby ktokolwiek potrafił zrozumieć, co mówię.