Pół żartem - bardziej serio (teoria: "Totalna biologia")

…spotkałem się z taką teorią. – Każda choroba jest wyrazem braku harmonii popędowości (id) z systemem wartości (superego). Jest swego rodzaju „wołaniem o pomoc" rozbitego „ja” (ego). U jednych przejawia się bardziej zrozumiale dla otoczenia („dojrzale”) w postaci chorób somatycznych. U innych – w sposób bardziej pierwotny („niedojrzały”) – w postaci chorób i zaburzeń psychicznych.
Te pierwsze choroby są bardziej akceptowane. Inni ludzie współczują choremu na serce, czy żołądek; łatwiej też usprawiedliwić własną niewydolność chorobą ciała, niż ducha. Nerwice, zaburzenia nastroju i psychozy – w dłuższej perspektywie czasu – złoszczą otoczenie. Inni mówią „weź się w garść”, „trzeba być silny”, co daje tylko tyle, że osoba chorująca jeszcze bardziej doświadcza owego rozpadu „ja”, jest jeszcze gorzej…
Teoria jak teoria, pewnie trochę prawdy w sobie ma. Jej wyznawcy wyciągają daleko idące wnioski terapeutyczne, z którymi trudno się zgodzić. Ale pogląd ciekawy. – Osoby „dojrzalsze” umierają na raka, lub zawał. Osoby „mniej dojrzałe” – na samobójstwo, alkoholizm, lub anoreksję?
Sprowadziłem do absurdu wartościowanie słowa „dojrzałość”. – O to waśnie chodziło. – Psychiatra nie powinien oceniać. To trudne dla każdego człowieka, jednak można się pilnować i ocenę moralną zostawić w poczekalni.